sobota, 25 października 2014

Rozdział I


      -Ten jest niezły. – mówiła do mnie Fey. Nie zauważając, że jestem pogrążona w lekturze. – Chociaż, kto by się tak ubrał?! No chyba, że pracuje w cyrku.
-Tak, masz racje… - wyjąkałam nie przerywając czytania, bo Anett (książkowa postać) właśnie kłóciła się z miłością swojego życia, która była fenomenalnym palantem.
-Cassie, ty mnie w ogóle słuchasz?! – pisnęła moja przyjaciółka. Oderwałam się od książki w tej samej chwili, w której miękka okładka powieści zamknęła się pod naciskiem ręki Fey.
      Byłyśmy właśnie w naszej ulubionej kawiarni. Na kremowych ścianach wisiały wielkie zdjęcia łodzi w drewnianych ramach. Lada zapewne zrobiona z tego samego drewna co ramy fotografii, stała naprzeciwko wejścia i zasłaniała wnękę prowadzącą do kuchni. Stolik, przy którym siedziałyśmy znajdował się na końcu pomieszczenia przy ogromnym oknie. Zabrzęczał dzwonek zawieszony nad drzwiami informując, iż ktoś wszedł.
       Zniesmaczona zachowaniem Fey, spojrzałam w tamtą stronę. Spadłam z krzesła, dosłownie. Z trudem się podniosłam, bo… bo zobaczyłam boga seksu. Inaczej nie można go nazwać. Jego napis na bluzce ‘I am sexy and i know it’ mówił, iż dobrze o tym wiedział.
      Był szatynem z włosami w stylu emo, lekko opadającymi na oczy, które też nie były przeciętne. Musiały mieć głęboki odcień brązu, bo nie mogłam odróżnić tęczówki od źrenicy. Wydatne kości policzkowe w kolorze różu wyglądały jakby bieg, a zimny wiatr dmuchał mu w twarz. Na moje oko miał coś koło dwóch metrów. Czarna, skórzana kurtka, ciemne jeansy i ciężkie motocyklowe buty kontrastowały z nieskazitelnie białą koszulką.
      Gapiłam się na niego natarczywie, bo zwrócił głowę w moja stronę. Od razu spuściłam wzrok. A moje policzki oblała krew, więc zapewne wyglądałam jak piwonia.
-Czy ja dobrze widzę, Cassandra Cabrero się zarumieniła ?– spytała Fey ze śmiertelną powagą, która mnie rozbawiła. Rozchichotana powiedziałam:
-Nawet ja mam chwilę słabości.
       Mówiłam to śledząc wzrokiem chłopaka. Fey zaczęła podążać za moim spojrzeniem. Po chwili wpadła w rozbrajający śmiech, widząc na kogo patrzę. Zwróciła tym uwagę połowy gości w kawiarni, w tym także przystojniaka. Usiadł przy ladzie na fotelu jakie często widuję się w klubach. Zamówił latte i przypatrywał się naszej dwójce nie kryjąc zainteresowania. Myślałam… No dobra… Miałam nadzieję, że się do nas przysiądzie. Ale niestety drzwi kawiarni zabrzęczały po raz drugi. Weszła przez śliczna szatynka i poszła w stronę chłopaka. A może on jednak nie patrzył na nas…


*  *  *


     
     Na dworze było już ciemno, więc poganiałam Fey, by jak najszybciej wyjść z kawiarni. Dlaczego? Bo nie chciałam patrzeć jak dziewczyna obściskuje szatyna, który najwyraźniej nie miał nic przeciwko. Nie całowała się z nim tylko siedziała obok niego i go przytulała, więc równie dobrze może to być tylko jego przyjaciółka, albo siostra. Nie chciało mi się gdybać więc, gdy tylko zebrałam rzeczy, wstałam, podeszłam do drzwi i czekałam na Fey, która powolnym krokiem podchodziła do mnie.
     Wyszłyśmy z kawiarni. Na nasze nieszczęście zaczął padać deszcz, a na rogu kawiarni kręciły się podejrzane typy. Poprosiłam Fey byśmy poszły okrężną drogą. Lecz moja przyjaciółka odważnie stwierdziła, że nie będzie robić dodatkowych kilometrów. Powiedziała to tylko dlatego, że założyła swoje nowe szpilki.
     Założyła je pierwszy raz co i tak nie zmieniło faktu, iż pomimo odrobinę koślawego chodu wyglądała w nich zabójczo. Były czarne, błyszczące. Odkrywały niebieskie paznokcie stóp, które były pomalowane idealnie. W każdym razie sama cena butów była powalająca.
     Z moim szczęściem ci dwaj kolesie, których mijałyśmy przy kawiarni, szli za nami od dobrych pięciu minut. Po ich rozległych krokach, stwierdziłam, że są pod wpływem alkoholu.
      Uświadamiając o tym Fey skręciłyśmy w jakąś boczną uliczkę, mając nadzieje, że ich zgubimy, skręciłyśmy jeszcze raz. Wpakowałyśmy się w bagno. Ślepa uliczka… mogłam się tego spodziewać. Blondynka zrobiła się blada jak ściana, ci dwaj także skręcili w nasz zaułek. Zaczęłam panikować. Patrzyłam na przyjaciółkę, mając nadzieje, że wymyśli coś w ostatniej chwili.
      Byli coraz bliżej, a ja żałowałam, że nie kupiłam gazu pieprzowego, na który od miesiąca namawiała mnie mama. Mówiła, że mogę spotkać jakiś zboczeńców…nienawidzę kiedy ma rację.
       Nie uwierzyłam swoim oczom. Ci faceci byli jakieś pięć metrów od nas, a zza nich spokojnym krokiem wyszedł mój szatyn. Leniwym marszem wyminął zdziwionych napastników i stanął pomiędzy mną a Fey. Objął nas przyjacielsko ramionami.
       Zdziwiona nie wiedziałam co robić. On spokojnym głosem przemówił:
- To co dziewczyny odprowadzić was do domu? A wy panowie? Też chcecie opiekunki? – zmieszanie na ich twarzach było rozbrajające, ale alkohol wygrał nad rozsądkiem. Nie dali za wygraną.
-Spadaj małolacie, tobie zaraz karetka będzie potrzebna, a nie tylko opiekunka!– popchnęli naszego wybawiciela, który przed chwilą wyszedł przed nas w geście obronnym. Nie było po nim widać zdenerwowania ani strachu. Lekkim ruchem ręki odsunął nas do tyłu, przypierając do muru.
       - Myślę, że musicie stąd odejść… - jego głos przypominał warczenie, a nie kulturalną wypowiedz, którą zwrócił się do nich wcześniej. Ku naszemu zdziwieniu, mężczyźni zaczęli się cofać, patrząc w oczy szatyna. W jednej chwili odwrócili się i pobiegli pędem w stronę drogi. W oddali było słychać ich krzyki. Coś o diable i oczach. Ich szybka ucieczka wzbudzała pewne podejrzenia. Czyżby oprócz alkoholu we krwi mieli także dobrego dilera? Nie możliwe, żeby tak przestraszyli się naszego obrońcy. Co prawda wyglądał imponująco w swoich czarnych ubraniach w śród ciemności, ale diabła to on nie przypominał. Jeśli już to jakieś pogańskie bóstwo.
      Po chwili odwrócił się do nas z przymrużonymi oczami i figlarnym uśmiechem. Ciągle nie mogłam uwierzyć w to co się przed chwilą działo. Moja przyjaciółka jednak szybko powróciła do świata flirtu. Bo wyglądała na lekko oszołomiona ale i szczęśliwą, ale nic poza tym.
- No i co dziewczęta, jak oceniacie moją misje ratunkową? – powiedział otwierając swoje cudne, czarne oczy. Wyglądało by to poważnie, gdyby tylko w kącikach ust nie ukrywał się lekki uśmieszek.
- Dzięki, nie wiem jak ci się odwdzięczymy… - powiedziała Fey, która w pełni odzyskała głos.
      Szatyn przyglądał się nam zamyślonym wzrokiem.
- Odprowadzę was, bo jak widzicie ta okolica nie jest bezpieczna. – ruszył się, nie oglądając się za siebie. Jakby był pewny, że i tak to zrobimy. Miał rację. – Adres to… ?
      Podałyśmy mu adres i szliśmy w krępującej ciszy. Nawet Fey zawsze gotowa do flirtu z przystojniakami nie odezwała się. Co było trochę dziwne. Niespodziewanie szybko znaleźliśmy się pod moim domem. Fey miała u mnie nocować, więc nie musiał jej odprowadzać. Jej mina mówiła, że w tej sytuacji nie jest z tego powodu zadowolona.
       - Nie jesteście zbyt rozmowne. Mogę chociaż wiedzieć jak się nazywacie? Czy to wiedza zastrzeżona? – Zażartował. Teraz to ja zabrałam głos:
-Jestem Cassie, a to Fey… - powiedziałam niepewnie.
       Popatrzył na nas chwilę, po czym kiwnął głową, odwrócił się i odszedł. Usłyszałam tylko:
- Do zobaczenia!  




____________________________________________________

Przepraszamy za wszystkie błędy. Mam nadzieję, że nie będą one przeszkadzać w czytaniu :D
Pamiętaj !     Czytanie = Komentowanie !