wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział III

        Wstawanie o 7 rano jest męczące, ale można się przyzwyczaić. Ja na przykład wstaje tak codzienni, a Fey już od 6 jest na nogach. Dlaczego? Bo nie wyrabia się na wykłady. Jej ranny makijaż zajmuje pół godziny, plus dobieranie stroju, prysznic, śniadanie… często w ogóle spóźnia się na uniwersytet.
         Wstałam chwiejnie z łóżka i podeszłam do drzwi łazienki, które były naprzeciwko mojego łóżka. Otworzyłam je i weszłam do środka. Stanęłam naprzeciwko lustra i przyglądałam się sobie. Nigdy nie znałam swojej biologicznej matki, ale zawsze wyobrażałam ją sobie, jako brunetkę z długimi lokami o bursztynowych oczach i wielkim uśmiechu, który byłby życzliwy dla każdego. Mój ojciec, ten prawdziwy, też go nie znam. Ale myślę, że miałby fiołkowe oczy i dołeczki w policzkach, tak jak ja. Może oni żyją w innym, lepszym świecie, bo myślę, że oni zmarli. Lepiej uważać, że zmarli niż, że po prostu byłam im zbędna, niepotrzebna .
          Często wyobrażam sobie jakby wyglądało moje życie, gdyby byli ze mną… Pewnie podobnie, tylko trochę inaczej… Miałabym kolację i obiad punktualnie zawsze o tej samej godzinie. Może miałabym rodzeństwo młodsze ode mnie. Ale nie wiem tego na pewno. Jednakże jestem pewna, że kochali by mnie nad życie. Zresztą… nie ma o czym myśleć. Kocham moją matkę, tą która obdarzyła mnie swoją miłością pomimo, iż nie jestem jej prawdziwym dzieckiem.
          Zmobilizowałam się i wzięłam krótki prysznic. Wyszczotkowałam zęby i poszłam do szafy ubrać się. Po mojej rannej higienie, poszłam na śniadanie. Byłam zaskoczona.. moja mama mi je przygotowała. Czy dziś mamy jakieś święto? Dziwne!
-Kochanie zjesz grzanki czy naleśniki? Zrobiłam to i to, więc możesz wybierać.
-Mogą być naleśniki. Dzięki. - lekko zaskoczona odpowiedziałam. Nalałam do szklanki soku pomarańczowego, który swoją drogą świetnie smakuje do wszystkiego. - Mamo czy coś się stało, że tak wcześnie wstałaś? - To trochę dziwne, bo zazwyczaj wstajesz koło 10, ze względu na swoją prace.
-Czy to takie dziwne, że robię mojej córce śniadanie? - spytała i od razu odpowiedziała sobie – Mi się nie wydaję.
          Delektowałam się smakiem dania na moim talerzu, dopóki nie spojrzałam na zegarek. Musiałam się ruszać, bo za pół godziny miałam wykłady. Droga na uniwerek jest krótka, mam zaledwie 10 minut drogi pieszo. Z lekkim pośpiechem wyszłam, żeby być na miejscu chwilę wcześniej i przejrzeć notatki. Dopiero w połowie drogi zdałam sobie, że pierwsze zajęcia mam z panem Milsonem. Który jest lekko zakręcony. Jego wykłady nie są interesujące, więc pustych miejsc nie brakuje. Jednakże jest jednym z profesorów, u których łatwo zdać. Większość uczniów dlatego wybiera sobie ten przedmiot do zaliczenia. Często rysuje na tych „lekcjach”, gdy temat jest po prostu nudny, ale zawsze coś pamiętam. Co ostatnio zdarza się rzadko.
         Gdy weszłam na salę, niektóre miejsca były już zajęte, usiadłam z tyłu i zaczęłam przeglądać moje szkice. Nie są one zachwycające, chociaż moja mama twierdzi, że mam potencjał i talent. A gdy mam to drugie, to nie muszę przejmować się krytyką.
Sztuka uczestniczyła w moim życiu od zawsze. Moja mama jest profesorem malarstwa na uniwersytecie, jakieś 15 kilometrów on naszego domu. Zazwyczaj kończy pracę wieczorem. Swoje wykłady zaczyna od 12, przez co zawsze mam „wolną chatę” przez prawię całe popołudnie.
Oprócz tego, że mama jest profesorem to również artystką w praktyce, dzięki czemu nasz strych w domu jest zawalony obrazami, bo tam znajduję się jej pracownia, którą nazywa biurem. Nie wiem jak ona godzi pracę z wychowywaniem mnie i swoją pasją, ale wychodzi jej to świetnie. Zawsze spędza ze mną chociaż godzine dziennie, bo to podobno umacnia więź między nami. I to jest prawda, mam naprawdę dobre stosunki z nią, w przeciwieństwie do Fey, która ze swoją matką rozmawia rzadko. Powracając do tematu, mama raz miała wystawę swoich obrazów. Była wniebowzięta. Sprzedano wtedy chyba trzy jej obrazy. Mam nadzieję, że jej dzieła znów ujrzą światła dziennego.
         Zabrzmiał dzwonek obwieszczający początek wykładów. Pan Milson zaczął już swoje powitanie, które brzmi codziennie tak samo. Przerwał na chwilę , gdy drzwi sali walnęły z hukiem. Oniemiałam. Fey mi nie uwierzy... W wejściu stał szatyn z kawiarni. Jeśli dobrze usłyszałam to przeprosił wykładowcę i powiedział, że jest nowy. Zaczął się kierować na tyły sali. Chwilę mi zajęło zrozumienie, że to ja siedzę w ostatnim rzędzie, a wolne miejsca są koło mnie.
Siadł trzy miejsca ode mnie. Miałam szczęście, że wykład nie był ważny. Nie mogłam się skupić, na tym co mówi profesor i co chwilę spoglądałam na szatyna. Dostrzegłam, że ma małą blizną z lewej strony twarzy, tuż nad łukiem brwiowym. Wygląda uroczo, choć jest prawie niedostrzegalna.
          Od rozmyślania nad znakami szczególnymi nowego znajomego, wyrwał mnie dzwonek, który zabrzęczał, komunikując, że już koniec pierwszych wykładów. Powoli zaczęłam pakować szkicownik i ołówki do torby. Gdy szłam w stronę wyjścia, szatyn wyprostował się, zagradzając mi drogę. Spojrzał w moją stronę i miał zaciekawioną minę. Podeszłam bliżej mając nadzieję, że odsunie się i będę mogła wyjść. Niestety gdy ja zrobiłam krok w lewo on też, chcąc mnie przepuścić prawą stroną. Więc zrobiłam krok w prawo, on również. Zaśmiałam się po nosem. Musiał to usłyszeć, bo na jego twarzy też zawitał uśmiech. Sytuacja się powtórzyła. Z daleka musiało to wyglądać, jak taniec bezdotykowy.
-Jestem Seth. Ten z zaułku i kawiarni, więc możliwe, że mnie kojarzysz... -nadal się uśmiechając mówił.
-Pamiętam. Trudno cię zapomnieć zważywszy na to, że mnie uratowałeś. Miło mi cię poznać Seth.
          Drzwi walnęły z hukiem i do środka wpadł pan Milson. Musiał czegoś zapomnieć , co często mu się zdarzało. Zobaczyła nas dopiero gdy stał przy biurku. Zmieszanym głosem powiedział:
-Jeśli chcecie randkować to umówcie się w bardziej przestronnym miejscu, poza uniwerkiem. - słowo „randkowanie” ociekało ironią. - Wyjdzie z sali… No szybko… Szybko.



___________________________________________

Komentarze ! Błagam o komentarze !

czwartek, 6 listopada 2014

Rozdział II

       Obudziłem się zaspany, ledwo co widziałem na oczy, a mój kochany tatuś‘ od rana wydzwaniał na moją komórkę. Nieświadomy tego co robię, odebrałem.
- Halo! Jest już 7 rano, a ty nie odbierasz! Masz już tego potępieńca!? I gdzie ty do diabła jesteś? –  ulubiony zwrot mojego ojca to ‘do diabła‘.
- No cóż, a może to właśnie przed tym diabłem się chowam? Wpadło ci to kiedyś na myśl ‘ojczulku’?
- Oczekuję od ciebie trochę więcej szacunku!
- Pieprz się! – po tych słowach mój apartament zatrząsnął się. Nie żebym się zdziwił, to dopiero jego trzeci wybuch nerwów w tym miesiącu. Takie rzeczy jak wybuchające przedmioty lub trzęsąca się ziemia to, niektóre z jego możliwości, gdy jest zdenerwowany.
     Po prostu kocham mojego tatę… To sarkazm, dla tych mniej rozumiejących… W każdym razie moja rodzina jest duża. Ma 13 osób. Oczywiście mój tatuś – Lucuś. Król piekieł, najwyższy demon, najmroczniejszy z najmroczniejszych, najgorszy z najgorszych… bla… bla… bla… Wiecie o co chodzi.
      Po nim jest mój wujek – Lewiatan. Normalnie to zbytnio się od człowieka nie różni… no oprócz tego, że krwawi czarną breją… i jak się wkurzy jego twarz przypomina paszczę rekina. Jest trzeci rangą w piekle (zaraz po mnie).
       Ja… Seth Oliviera… najmłodszy z rodziny, bo mam tylko 19 lat. No i jestem następcą piekielnego tronu. Nie żeby ktoś się mnie bał, bo jestem tylko pół krwi… bla… bla… bla…
      No i jeszcze moje siostry. Dziesięć sukubów. Piekielnie seksowne… i puszczalskie. To nie jest u nas złe, bo u nas to rodzinne. Każde z nas ma inną matkę, więc któż ma świecić przykładem jak nie ojciec.
      Wracając do rozmowy…
-To znalazłeś tego potępieńca czy nie? – wrzeszczał do siebie nie zauważając, że jakieś 5 minut temu się wyłączyłem.
-Co? – spytałem głupio.
-Ty mnie w ogóle nie słuchasz… ty… ty zdegradowany pomiocie! - prawie parsknąłem śmiechem słysząc jego ‘wyszukaną’ obrazę. Mój pokój zatrząsnął się po raz drugi… Oj, miał dziś zły humor. Chcąc go leciutko udobruchać burknąłem tylko, że już się biorę do roboty. Chyba jednak moja leciutka perswazja nie podziałała, bo zaczął coś krzyczeć, że jestem krnąbrnym synem, że nie ma do mnie cierpliwości, że zlecił mi tą robotę, bo to ja ją chciałem… bla… bla… bla. Zanim skończył swój długi wywód o tym jaki to ja jestem i nie jestem rozłączyłem się. Mój telefon znowu zabrzęczał. Czyżby znowu mój tatuś chciał powiedzieć coś niezwykle mądrego? Ej… ej… ej to był sms… nie spodziewałem się, że zna taką zaawansowaną technologię.


/ Uważaj w twojej okolicy jest neflim. /


         No to już akurat wiem. Ponieważ wczoraj jakiegoś uratowałem. To znaczy ją… W skrócie, byłem wczoraj w kawiarni i od wejścia poczułem zapach pół anioła. To rzadkość.
Przy jednym ze stolików siedziały dwie dziewczyny. Na początku nie wiedziałem, która z nich jest z krwi anioła, więc gdy tylko wyszły, poszedłem za nimi w bezpiecznej odległości.
         Oprócz mnie, śledziły je jeszcze jacyś dwaj mężczyźni. Wyglądali na niegroźnych. A one zachowały się tak jak studentki w słabym horrorze. Weszły do ślepej uliczki. Obroniłem je, pokazując tym typkom oczy… taki mały pokaz mocy. Czarne oczy bez białek itd. To ich wystraszyło.
Jako przykładowy dżentelmen odprowadziłem je do domu. I byłem pewny, że neflimem jest ta śliczna brunetka z dołeczkami w policzkach. Sam fakt, że je odprowadziłem rozzłości ojca, a co dopiero to, że je uratowałem.



________________________________________

Przepraszamy wszystkich czytających za tak późne dodanie rozdziału. No, ale sami wiecie... nauka... i jeszcze raz nauka. 
Mam nadzieję, że z chęcią przeczytacie kolejny rozdział. 
Być może kolejny rozdział dodamy w sobotę za tydzień.
Nie pogardzimy komentarzami !