Wstawanie o 7 rano jest
męczące, ale można się przyzwyczaić. Ja na przykład wstaje tak
codzienni, a Fey już od 6 jest na nogach. Dlaczego? Bo nie wyrabia
się na wykłady. Jej ranny makijaż zajmuje pół godziny, plus
dobieranie stroju, prysznic, śniadanie… często w ogóle spóźnia
się na uniwersytet.
Wstałam chwiejnie z
łóżka i podeszłam do drzwi łazienki, które były naprzeciwko
mojego łóżka. Otworzyłam je i weszłam do środka. Stanęłam
naprzeciwko lustra i przyglądałam się sobie. Nigdy nie znałam
swojej biologicznej matki, ale zawsze wyobrażałam ją sobie, jako
brunetkę z długimi lokami o bursztynowych oczach i wielkim uśmiechu, który byłby życzliwy dla każdego. Mój ojciec, ten prawdziwy,
też go nie znam. Ale myślę, że miałby fiołkowe oczy i dołeczki
w policzkach, tak jak ja. Może oni żyją w innym, lepszym świecie, bo myślę, że oni zmarli. Lepiej uważać, że zmarli niż, że
po prostu byłam im zbędna, niepotrzebna .
Często wyobrażam sobie
jakby wyglądało moje życie, gdyby byli ze mną… Pewnie podobnie, tylko trochę inaczej… Miałabym kolację i obiad punktualnie
zawsze o tej samej godzinie. Może miałabym rodzeństwo młodsze ode
mnie. Ale nie wiem tego na pewno. Jednakże jestem pewna, że
kochali by mnie nad życie. Zresztą… nie ma o czym myśleć.
Kocham moją matkę, tą która obdarzyła mnie swoją miłością
pomimo, iż nie jestem jej prawdziwym dzieckiem.
Zmobilizowałam się i
wzięłam krótki prysznic. Wyszczotkowałam zęby i poszłam do
szafy ubrać się. Po mojej rannej higienie, poszłam na śniadanie.
Byłam zaskoczona.. moja mama mi je przygotowała. Czy dziś mamy
jakieś święto? Dziwne!
-Kochanie zjesz grzanki
czy naleśniki? Zrobiłam to i to, więc możesz wybierać.
-Mogą być naleśniki.
Dzięki. - lekko zaskoczona odpowiedziałam. Nalałam do szklanki soku
pomarańczowego, który swoją drogą świetnie smakuje do
wszystkiego. - Mamo czy coś się stało, że tak wcześnie wstałaś? - To trochę dziwne, bo zazwyczaj wstajesz koło 10, ze względu na
swoją prace.
-Czy to takie dziwne, że
robię mojej córce śniadanie? - spytała i od razu odpowiedziała
sobie – Mi się nie wydaję.
Delektowałam się
smakiem dania na moim talerzu, dopóki nie spojrzałam na zegarek.
Musiałam się ruszać, bo za pół godziny miałam wykłady. Droga
na uniwerek jest krótka, mam zaledwie 10 minut drogi pieszo. Z
lekkim pośpiechem wyszłam, żeby być na miejscu chwilę wcześniej
i przejrzeć notatki. Dopiero w połowie drogi zdałam sobie, że
pierwsze zajęcia mam z panem Milsonem. Który jest lekko zakręcony.
Jego wykłady nie są interesujące, więc pustych miejsc nie
brakuje. Jednakże jest jednym z profesorów, u których łatwo zdać.
Większość uczniów dlatego wybiera sobie ten przedmiot do
zaliczenia. Często rysuje na tych „lekcjach”, gdy temat jest po
prostu nudny, ale zawsze coś pamiętam. Co ostatnio zdarza się rzadko.
Gdy weszłam na salę, niektóre miejsca były już zajęte, usiadłam z tyłu i zaczęłam
przeglądać moje szkice. Nie są one zachwycające, chociaż moja
mama twierdzi, że mam potencjał i talent. A gdy mam to drugie, to
nie muszę przejmować się krytyką.
Sztuka uczestniczyła w
moim życiu od zawsze. Moja mama jest profesorem malarstwa na
uniwersytecie, jakieś 15 kilometrów on naszego domu. Zazwyczaj
kończy pracę wieczorem. Swoje wykłady zaczyna od 12, przez co
zawsze mam „wolną chatę” przez prawię całe popołudnie.
Oprócz tego, że mama
jest profesorem to również artystką w praktyce, dzięki czemu
nasz strych w domu jest zawalony obrazami, bo tam znajduję się jej
pracownia, którą nazywa biurem. Nie wiem jak ona godzi pracę z
wychowywaniem mnie i swoją pasją, ale wychodzi jej to świetnie.
Zawsze spędza ze mną chociaż godzine dziennie, bo to
podobno umacnia więź między nami. I to jest prawda, mam naprawdę
dobre stosunki z nią, w przeciwieństwie do Fey, która ze swoją
matką rozmawia rzadko. Powracając do tematu, mama raz miała
wystawę swoich obrazów. Była wniebowzięta. Sprzedano wtedy chyba
trzy jej obrazy. Mam nadzieję, że jej dzieła znów ujrzą światła dziennego.
Zabrzmiał dzwonek
obwieszczający początek wykładów. Pan Milson zaczął już swoje
powitanie, które brzmi codziennie tak samo. Przerwał na chwilę ,
gdy drzwi sali walnęły z hukiem. Oniemiałam. Fey mi nie uwierzy...
W wejściu stał szatyn z kawiarni. Jeśli dobrze usłyszałam to
przeprosił wykładowcę i powiedział, że jest nowy. Zaczął się
kierować na tyły sali. Chwilę mi zajęło zrozumienie, że to ja
siedzę w ostatnim rzędzie, a wolne miejsca są koło mnie.
Siadł trzy miejsca ode
mnie. Miałam szczęście, że wykład nie był ważny. Nie mogłam
się skupić, na tym co mówi profesor i co chwilę spoglądałam na
szatyna. Dostrzegłam, że ma małą blizną z lewej strony twarzy,
tuż nad łukiem brwiowym. Wygląda uroczo, choć jest prawie
niedostrzegalna.
Od rozmyślania nad
znakami szczególnymi nowego znajomego, wyrwał mnie dzwonek, który
zabrzęczał, komunikując, że już koniec pierwszych wykładów.
Powoli zaczęłam pakować szkicownik i ołówki do torby. Gdy szłam
w stronę wyjścia, szatyn wyprostował się, zagradzając mi
drogę. Spojrzał w moją stronę i miał zaciekawioną minę.
Podeszłam bliżej mając nadzieję, że odsunie się i będę mogła
wyjść. Niestety gdy ja zrobiłam krok w lewo on też, chcąc mnie
przepuścić prawą stroną. Więc zrobiłam krok w prawo, on
również. Zaśmiałam się po nosem. Musiał to usłyszeć, bo na
jego twarzy też zawitał uśmiech. Sytuacja się powtórzyła. Z
daleka musiało to wyglądać, jak taniec bezdotykowy.
-Jestem Seth. Ten z zaułku
i kawiarni, więc możliwe, że mnie kojarzysz... -nadal się
uśmiechając mówił.
-Pamiętam. Trudno cię
zapomnieć zważywszy na to, że mnie uratowałeś. Miło mi cię
poznać Seth.
Drzwi walnęły z hukiem
i do środka wpadł pan Milson. Musiał czegoś zapomnieć , co
często mu się zdarzało. Zobaczyła nas dopiero gdy stał przy
biurku. Zmieszanym głosem powiedział:
-Jeśli chcecie randkować
to umówcie się w bardziej przestronnym miejscu, poza uniwerkiem. -
słowo „randkowanie” ociekało ironią. - Wyjdzie z sali… No
szybko… Szybko.___________________________________________
Komentarze ! Błagam o komentarze !