Zakupy się udały, a moje głupie zachowanie poszło w niepamięć. Kupiłam buty. Ku nieszczęściu Fey nie były to szpilki. Czarne, połyskliwe botki z czarnymi ćwiekami. Nie są jakieś oryginalne, ale mi się podobają.
Siedziałam właśnie w moim ulubiony fotelu w sypialni, gdy moja komórka zabrzęczała. Nie zdążyłam odebrać. Fey. Oddzwoniłam do niej.
Odebrała po drugim sygnale. Bezczelna! Powiedziała, że nie wyrobi się z projektem na biologię i czy mogłabym jej pomóc. Mówiąc to miała na myśli czy nie mogę po prostu zrobić tego projektu za nią. Bo ona tego nie umie. Po próbach szantażu i wielu prośbach z jej strony, zgodziłam się.
Sfrustrowana swoją uległością, zakończyłam rozmowę i miałam brać się do roboty. Zdałam sobie sprawę,że mój laptop jej w salonie. Wyszłam z pokoju, nie domykając drzwi.
Zawrócił mnie jednak dźwięk bitego szkła.
Wróciłam by sprawdzić co się stało. Szyba okna leżała w drobnych kawałeczkach na podłodze. Podenerwowana podeszłam tam. Wyjrzałam przez pozostałości szyby, uważając by się nie skaleczyć.
Martwy kruk leżał na trawniku.
-Dziwne.- mruknęłam. Znów wyszłam z pokoju, tym razem kierując się do pokoju mojej mamy, by opowiedzieć jej co się stało. Otworzyłam drzwi i cicho weszłam do środka. Mama siedziała przy biurku, zapewne sprawdzając kartkówki lub tego typu prace papierkowe.
Podeszłam do niej i dotknęłam jej ramienia. Spojrzała na mnie tym swoim niewidzącym wzrokiem i po chwili uśmiechnęła się do mnie.
-Cassie.
-Mamo, zła wiadomość na dziś jest taka, że musimy wezwać szklarza.
-Co się stało ?- spytała zaniepokojona.
-To trochę dziwne, ale martwy ptak rozbił szybę w moim pokoju.- powiedziałam dziwnie.
-Ciekawe. Mówisz, że martwy ptak rozbił ci szybę.
-Oj … martwy jest teraz, ale jak rozbijał szybę wydawał się całkiem żywy.
-No dobrze, więc trzeba wezwać szklarza. A i Cassie czy coś się stało przed tym, jak szyba się rozbiła ? Byłaś zdenerwowana albo coś w tym stylu ?
-Nie, chyba nie. Może odrobinę zirytowana, bo Fey znowu zwaliła na mnie swój projekt.
-Oł... no nic tak tylko pytam. Cassie zamknij drzwi, jak będziesz wychodzić.- tym właśnie stwierdzeniem dała mi do zrozumienia, że mogę już wyjść, a ona zajmie się swoją pracą.
* * *
Dlaczego musiała to zrobić? Przecież mogła być grzecznym mało znaczącym neflimem,ale nie, musiała coś zrobić. Mając osiemnaście lat prawie każdy pół anioł ujawnia swoją wybuchową naturę. Dzieci znaczących aniołów, czyli takich którzy są silni i mają wysoką pozycję w niebie, swoje zdolności pokazują wcześniej. Nie wiem dokładnie czy Cassie pierwszy raz pokazała na co potrafi, ale mam nadzieję, że nie. Ale to i tak niczego nie zmienia. Mam dwa tygodnie na to żeby ją zabić. Na razie jednak muszę ją śledzić, co nie będzie trudne, bo przez prawię przez pół dnia przebywam z nią w jednym budynku, niestety później muszę się trochę pomęczyć.
Kiedy wczoraj skończyłem sprawę z potępieńcem, mój tatuś dal mi wolną rękę. Co oznacza, że mogłem wybrać sprawę. Wybrałem Cassie. Nie wiem dlaczego.
Może chodzi o to, że ma śliczne dołeczki w policzkach gdy się uśmiecha, albo o te jej rozśmiane oczy. Albo jej seksowne skrępowanie, gdy nie wie co mam powiedzieć, albo zrobić... albo dlatego, że jest moim cholernym wrogiem!
W każdym bądź razie widziałem jak ptak rozbija szybę. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ptak leciał w całkowicie odwrotnym kierunku i naglę zmienia tor lotu o sto osiemdziesiąt stopni i leci prosto w okno z dużą szybkością. Nie zaprzeczycie, że to nie jest zbieg okoliczności.
W sumie jeśli dobrze się zastanowić to równie dobrze zaraz może ożywić tego ptaka.
* * *
To są żarty prawda ? Właśnie wychodzę sobie spokojnie z domu i przed otworzeniem drzwi myślę sobie „obym nie spotkała Setha, to będzie mega żenujące Cass”. No i otwieram te przeklęte drzwi i wychodzę na świeże powietrze. Dokładnie zamykam te cholerne drzwi i powoli odwracam się z cholernym przeczuciem, że ON tam stoi. No i gdy spoglądam w górą z nadzieją, że może jednak go tam nie ma, widzę jego minę. Dziwnie zmieszaną, obojętną, radosną i smutną zarazem. Stoi za furtką z tą nieodgadnioną miną.
Popatrzył na mnie smutno i uśmiechnął się. Odchrząknął i powiedział nie swoim głosem.
-Cześć Cass! Właśnie przechodziłem i przypomniałem sobie, że tu mieszkasz. Przyłapałaś mnie właśnie na zastanawianiu się czy zapukać.- Czułam się nieswojo i miło zarazem. Powiedział do mnie Cass. Tak mówił do mnie tata, nie ten biologiczny tylko mój kochany tata. Zawsze powtarzał, że to piękne imię które powinno być noszone z dumą.
-Cześć Seth...- no i nastała ta niezręczna cisza.
-Wybierasz się gdzieś? Bo jeśli tak... to.. no mogę cię odprowadzić. To znaczy jeśli chcesz... bo jeśli nie chcesz …
-Idę do sklepu, ale jasne... możesz mnie odprowadzić.- Przerwałam tą jego jąkającą się wypowiedź. Jestem mile zaskoczona. Seth się przy mnie jąka. Wydaję się być typem chłopaka, który zarywa do wszystkich lasek bez skrępowania.
Idąc obok Setha patrzyłam wszędzie, byle tylko nie spojrzeć na niego. Szło mi to w miarę dobrze dopóty, dopóki na niego mimowolnie nie zerknęłam. On się na mnie gapił. Bez skrępowania mnie obserwował. To było dziwne. I jak każda normalna dziewczyna spytałam.
-Hmmm... mam coś na twarzy... ?
-Nie... przepraszam, strasznie mi kogoś przypominasz.
-A mogę wiedzieć kogo? Ale jeśli jest to stara, jędzowata ciotka to jednak mi nie mów...- zaśmiał się.
-Przypominasz mi moją … kuzynkę. Ale masz... ładniejsze oczy niż ona.
Speszona jego komplementem z zażenowaniem weszłam na pasy. Nie rozejrzałam się. Odwróciłam się po to by zobaczyć, gdzie jest Seth. Gdy nagle usłyszałam klakson samochodu i przeszywająco białe światła. Auto jechało prosto na mnie.
_____________________________
Wasza aktywność jest niska, prawie znikoma. Opłaca się dalej publikować rozdziały ?
Byłabym wdzięczna gdybyś po przeczytaniu zostawił/a komentarz.
Potępieni
poniedziałek, 12 stycznia 2015
wtorek, 16 grudnia 2014
Rozdział IV
Ważna notatka od autorek na dole ! Ważne !
Patrzyłem w monitor
laptopa. Szukałem informacji na temat neflima. Niestety zero. Żaden
Cabrero nie istnieje w internecie. Poddałem się, wstałem z
krzesła przewracając je. W pokoju rozbrzmiewał huk. Nie zdziwię
się, jeśli zrzędliwy sąsiad z dołu przyjdzie narzekając, że ze
mną są tylko problemy.
Poszedłem do kuchni.
Tak... do kuchni. Wczoraj wieczorem wynająłem mieszkanie. Zazwyczaj
pracuję tylko w tym mieście, więc stwierdziłem, że nie mam po
co cały czas wynajmować pokoje w hotelach. Stałem przy blacie i
nie wiedziałem po co tu przyszedłem. Myślałem co z nią zrobić.
Mój ojciec od razy powiedziałby, że muszę zabić Cassie. Ja nie
byłem tego taki pewny. Skoro ona nie wie kim jest, to nie stanowi
żadnego zagrożenia. Zresztą niby kto ma jej o tym powiedzieć. Nie
ma przy sobie żadnego opiekuna. No chyba ,że ta blondyneczka, która jest jej przyjaciółeczką. Westchnąłem. Takim
rozważaniem do niczego nie dojdę. Muszę zacząć działać.
Ojciec będzie wściekły, jeśli dowie się, że jeszcze nie wziąłem się do pracy. Chociaż
co mnie obchodzi jego zdanie... Ale co poradzę, że nie potrafię
zabić głupiego neflima bo mam „miękkie” serce …
Lucuś uważa, że się
buntuje i jeszcze nie wie czy przepisze na mnie testament. Dla mnie
to czyste żarty. Po pierwsze ojciec żyje od początku stworzenia
świata i nie zapowiada się żeby zmarł bo jest nieśmiertelny. Po
drugie on nie musi pisać testamentu, bo jestem jego jedynym synem. A
prawo które sam ustanowił mówi, że każdy spadek rodzinny
przechodzi automatycznie na pierworodnego syna. Więc nie mam się
czym martwić.
O wilku mowa.
Moja komórka zaczęła brzęczeń. Na wyświetlaczu miga numer
mojego ojca z podpisem "papa". To nie ja go tak wpisałem. Gdy tylko
dostałem telefon, kontakt był tak wpisany, a każda próba zmiany kończyła się niepowodzeniem. Odebrałem.
* * *
Patrzyłam na zegarek.
Miałam równo godzinę do spotkania z Fey. To taka
rekompensata za ostanie niezbyt miłe zdarzenia.
Mama dała mi trochę
gotówki, więc mogłam coś sobie kupić. Tym czymś miały być
buty, bo jak zawsze powtarzała Fey torebek i butów nigdy nie jest za
dużo. A ja w pełni się z tym stwierdzeniu zgadzałam.
Wyszłam z domu wcześniej, żeby spokojnie zdążyć. Szłam więc powolnym krokiem w stronę
mojego ukochanego parku. Uwielbiałam tam spędzać czas. Ogarniał
mnie wtedy spokój, dostawałam wtedy natchnienia malarskiego,
przez co zawsze łatwo było mnie znaleźć.
Idąc, kątem oka
spostrzegłam Setha. Nie wyglądał mi na kogoś kto często spaceruje,
więc byłam lekko zdziwiona. Dopiero po chwili zobaczyłam, że
rozmawia przez komórkę.
Nie chciałam, żeby mnie
zobaczył. Nie mam pojęcia dlaczego. Był przystojny, odważny i miły
gdy go po raz ostatni go wiedziałam w szkole. Nie jestem pewna czy
umiałabym z nim rozmawiać, bo za każdym razem jak go widzę, nie
umiem wydusić z siebie słowa. Schowałam się za krzakiem i
czekałam dopóki nie zniknie mi z oczu.
- Pragnę zauważyć, że
zachowujesz się idiotycznie Cassie.- mruknęłam cicho do siebie. Odczekałam kilka chwil mrucząc do siebie jak to się głupio zachowuję. Nie widzę go. To dobrze... W końcu wyszłam za rośliny i lekkim
truchtem podbiegłam do kawiarni w której miałam spotkanie.
____________________________________
Po pierwsze:
Przepraszam wszystkich, że rozdział dodałam tak późno.
Po drugie:
Jak zwykle przepraszam za błędy.
Po trzecie:
Informuję, że to wszystko przez szkołę... Zawsze to wina szkoły.
Po czwarte:
Mam niemiłe przeczucie, że w czasie świąt nie będziemy dodawać nowych rozdziałów...:( Ale to przez to, że gotowe rozdziały się kończą i wena twórcza musi się uruchomić, a nie którzy z was wiedzą, że nie jest to łatwe i szybkie. No ale mam nadzieję, że nowy rozdział będzie dodany w przerwie świątecznej ...
No i najważniejsza część !!!
Życzymy wszystkim wesołych świąt !!! Aby każdy z was był zdrowy, zawsze szczęśliwy i uśmiechnięty. Żebyście ten wolny czas dobrze wykorzystali i potem nie marudzili, jak ten czas szybko minął (mówię to na własnym przykładzie) !!!
No więc jeszcze raz WESOŁYCH ŚWIĄT LUDZISKA !!!!!!!!!
____________________________________
Po pierwsze:
Przepraszam wszystkich, że rozdział dodałam tak późno.
Po drugie:
Jak zwykle przepraszam za błędy.
Po trzecie:
Informuję, że to wszystko przez szkołę... Zawsze to wina szkoły.
Po czwarte:
Mam niemiłe przeczucie, że w czasie świąt nie będziemy dodawać nowych rozdziałów...:( Ale to przez to, że gotowe rozdziały się kończą i wena twórcza musi się uruchomić, a nie którzy z was wiedzą, że nie jest to łatwe i szybkie. No ale mam nadzieję, że nowy rozdział będzie dodany w przerwie świątecznej ...
No i najważniejsza część !!!
Życzymy wszystkim wesołych świąt !!! Aby każdy z was był zdrowy, zawsze szczęśliwy i uśmiechnięty. Żebyście ten wolny czas dobrze wykorzystali i potem nie marudzili, jak ten czas szybko minął (mówię to na własnym przykładzie) !!!
No więc jeszcze raz WESOŁYCH ŚWIĄT LUDZISKA !!!!!!!!!
wtorek, 18 listopada 2014
Rozdział III
Wstawanie o 7 rano jest
męczące, ale można się przyzwyczaić. Ja na przykład wstaje tak
codzienni, a Fey już od 6 jest na nogach. Dlaczego? Bo nie wyrabia
się na wykłady. Jej ranny makijaż zajmuje pół godziny, plus
dobieranie stroju, prysznic, śniadanie… często w ogóle spóźnia
się na uniwersytet.
Wstałam chwiejnie z
łóżka i podeszłam do drzwi łazienki, które były naprzeciwko
mojego łóżka. Otworzyłam je i weszłam do środka. Stanęłam
naprzeciwko lustra i przyglądałam się sobie. Nigdy nie znałam
swojej biologicznej matki, ale zawsze wyobrażałam ją sobie, jako
brunetkę z długimi lokami o bursztynowych oczach i wielkim uśmiechu, który byłby życzliwy dla każdego. Mój ojciec, ten prawdziwy,
też go nie znam. Ale myślę, że miałby fiołkowe oczy i dołeczki
w policzkach, tak jak ja. Może oni żyją w innym, lepszym świecie, bo myślę, że oni zmarli. Lepiej uważać, że zmarli niż, że
po prostu byłam im zbędna, niepotrzebna .
Często wyobrażam sobie
jakby wyglądało moje życie, gdyby byli ze mną… Pewnie podobnie, tylko trochę inaczej… Miałabym kolację i obiad punktualnie
zawsze o tej samej godzinie. Może miałabym rodzeństwo młodsze ode
mnie. Ale nie wiem tego na pewno. Jednakże jestem pewna, że
kochali by mnie nad życie. Zresztą… nie ma o czym myśleć.
Kocham moją matkę, tą która obdarzyła mnie swoją miłością
pomimo, iż nie jestem jej prawdziwym dzieckiem.
Zmobilizowałam się i
wzięłam krótki prysznic. Wyszczotkowałam zęby i poszłam do
szafy ubrać się. Po mojej rannej higienie, poszłam na śniadanie.
Byłam zaskoczona.. moja mama mi je przygotowała. Czy dziś mamy
jakieś święto? Dziwne!
-Kochanie zjesz grzanki
czy naleśniki? Zrobiłam to i to, więc możesz wybierać.
-Mogą być naleśniki.
Dzięki. - lekko zaskoczona odpowiedziałam. Nalałam do szklanki soku
pomarańczowego, który swoją drogą świetnie smakuje do
wszystkiego. - Mamo czy coś się stało, że tak wcześnie wstałaś? - To trochę dziwne, bo zazwyczaj wstajesz koło 10, ze względu na
swoją prace.
-Czy to takie dziwne, że
robię mojej córce śniadanie? - spytała i od razu odpowiedziała
sobie – Mi się nie wydaję.
Delektowałam się
smakiem dania na moim talerzu, dopóki nie spojrzałam na zegarek.
Musiałam się ruszać, bo za pół godziny miałam wykłady. Droga
na uniwerek jest krótka, mam zaledwie 10 minut drogi pieszo. Z
lekkim pośpiechem wyszłam, żeby być na miejscu chwilę wcześniej
i przejrzeć notatki. Dopiero w połowie drogi zdałam sobie, że
pierwsze zajęcia mam z panem Milsonem. Który jest lekko zakręcony.
Jego wykłady nie są interesujące, więc pustych miejsc nie
brakuje. Jednakże jest jednym z profesorów, u których łatwo zdać.
Większość uczniów dlatego wybiera sobie ten przedmiot do
zaliczenia. Często rysuje na tych „lekcjach”, gdy temat jest po
prostu nudny, ale zawsze coś pamiętam. Co ostatnio zdarza się rzadko.
Gdy weszłam na salę, niektóre miejsca były już zajęte, usiadłam z tyłu i zaczęłam
przeglądać moje szkice. Nie są one zachwycające, chociaż moja
mama twierdzi, że mam potencjał i talent. A gdy mam to drugie, to
nie muszę przejmować się krytyką.
Sztuka uczestniczyła w
moim życiu od zawsze. Moja mama jest profesorem malarstwa na
uniwersytecie, jakieś 15 kilometrów on naszego domu. Zazwyczaj
kończy pracę wieczorem. Swoje wykłady zaczyna od 12, przez co
zawsze mam „wolną chatę” przez prawię całe popołudnie.
Oprócz tego, że mama
jest profesorem to również artystką w praktyce, dzięki czemu
nasz strych w domu jest zawalony obrazami, bo tam znajduję się jej
pracownia, którą nazywa biurem. Nie wiem jak ona godzi pracę z
wychowywaniem mnie i swoją pasją, ale wychodzi jej to świetnie.
Zawsze spędza ze mną chociaż godzine dziennie, bo to
podobno umacnia więź między nami. I to jest prawda, mam naprawdę
dobre stosunki z nią, w przeciwieństwie do Fey, która ze swoją
matką rozmawia rzadko. Powracając do tematu, mama raz miała
wystawę swoich obrazów. Była wniebowzięta. Sprzedano wtedy chyba
trzy jej obrazy. Mam nadzieję, że jej dzieła znów ujrzą światła dziennego.
Zabrzmiał dzwonek
obwieszczający początek wykładów. Pan Milson zaczął już swoje
powitanie, które brzmi codziennie tak samo. Przerwał na chwilę ,
gdy drzwi sali walnęły z hukiem. Oniemiałam. Fey mi nie uwierzy...
W wejściu stał szatyn z kawiarni. Jeśli dobrze usłyszałam to
przeprosił wykładowcę i powiedział, że jest nowy. Zaczął się
kierować na tyły sali. Chwilę mi zajęło zrozumienie, że to ja
siedzę w ostatnim rzędzie, a wolne miejsca są koło mnie.
Siadł trzy miejsca ode
mnie. Miałam szczęście, że wykład nie był ważny. Nie mogłam
się skupić, na tym co mówi profesor i co chwilę spoglądałam na
szatyna. Dostrzegłam, że ma małą blizną z lewej strony twarzy,
tuż nad łukiem brwiowym. Wygląda uroczo, choć jest prawie
niedostrzegalna.
Od rozmyślania nad
znakami szczególnymi nowego znajomego, wyrwał mnie dzwonek, który
zabrzęczał, komunikując, że już koniec pierwszych wykładów.
Powoli zaczęłam pakować szkicownik i ołówki do torby. Gdy szłam
w stronę wyjścia, szatyn wyprostował się, zagradzając mi
drogę. Spojrzał w moją stronę i miał zaciekawioną minę.
Podeszłam bliżej mając nadzieję, że odsunie się i będę mogła
wyjść. Niestety gdy ja zrobiłam krok w lewo on też, chcąc mnie
przepuścić prawą stroną. Więc zrobiłam krok w prawo, on
również. Zaśmiałam się po nosem. Musiał to usłyszeć, bo na
jego twarzy też zawitał uśmiech. Sytuacja się powtórzyła. Z
daleka musiało to wyglądać, jak taniec bezdotykowy.
-Jestem Seth. Ten z zaułku
i kawiarni, więc możliwe, że mnie kojarzysz... -nadal się
uśmiechając mówił.
-Pamiętam. Trudno cię
zapomnieć zważywszy na to, że mnie uratowałeś. Miło mi cię
poznać Seth.
Drzwi walnęły z hukiem
i do środka wpadł pan Milson. Musiał czegoś zapomnieć , co
często mu się zdarzało. Zobaczyła nas dopiero gdy stał przy
biurku. Zmieszanym głosem powiedział:
-Jeśli chcecie randkować
to umówcie się w bardziej przestronnym miejscu, poza uniwerkiem. -
słowo „randkowanie” ociekało ironią. - Wyjdzie z sali… No
szybko… Szybko.___________________________________________
Komentarze ! Błagam o komentarze !
czwartek, 6 listopada 2014
Rozdział II
Obudziłem się zaspany,
ledwo co widziałem na oczy, a mój ‘kochany tatuś‘ od rana
wydzwaniał na moją komórkę. Nieświadomy tego co robię,
odebrałem.
- Halo! Jest już 7 rano, a ty nie odbierasz! Masz już tego potępieńca!? I gdzie ty do
diabła jesteś? – ulubiony zwrot mojego
ojca to ‘do diabła‘.
- No cóż, a może to
właśnie przed tym diabłem się chowam? Wpadło ci to kiedyś na
myśl ‘ojczulku’?
- Oczekuję od ciebie
trochę więcej szacunku!
- Pieprz się! – po
tych słowach mój apartament zatrząsnął się. Nie żebym się
zdziwił, to dopiero jego trzeci wybuch nerwów w tym miesiącu. Takie rzeczy jak wybuchające przedmioty lub trzęsąca się ziemia to, niektóre z jego możliwości, gdy jest zdenerwowany.
Po prostu kocham mojego
tatę… To sarkazm, dla tych mniej rozumiejących… W każdym
razie moja rodzina jest duża. Ma 13 osób. Oczywiście mój tatuś –
Lucuś. Król piekieł, najwyższy demon, najmroczniejszy z
najmroczniejszych, najgorszy z najgorszych… bla… bla… bla…
Wiecie o co chodzi.
Po nim jest mój wujek –
Lewiatan. Normalnie to zbytnio się od człowieka nie różni… no
oprócz tego, że krwawi czarną breją… i jak się wkurzy jego
twarz przypomina paszczę rekina. Jest trzeci rangą w piekle (zaraz
po mnie).
Ja… Seth Oliviera…
najmłodszy z rodziny, bo mam tylko 19 lat. No i jestem następcą
piekielnego tronu. Nie żeby ktoś się mnie bał, bo jestem tylko pół
krwi… bla… bla… bla…
No i jeszcze moje
siostry. Dziesięć sukubów. Piekielnie seksowne… i puszczalskie.
To nie jest u nas złe, bo u nas to rodzinne. Każde z nas ma
inną matkę, więc któż ma świecić przykładem jak nie
ojciec.
Wracając do rozmowy…
-To znalazłeś tego
potępieńca czy nie? – wrzeszczał do siebie nie zauważając,
że jakieś 5 minut temu się wyłączyłem.
-Co? – spytałem
głupio.
-Ty mnie w ogóle nie
słuchasz… ty… ty zdegradowany pomiocie! - prawie parsknąłem
śmiechem słysząc jego ‘wyszukaną’ obrazę. Mój pokój
zatrząsnął się po raz drugi… Oj, miał dziś zły humor. Chcąc
go leciutko udobruchać burknąłem tylko, że już się biorę do
roboty. Chyba jednak moja leciutka perswazja nie podziałała, bo
zaczął coś krzyczeć, że jestem krnąbrnym synem, że nie ma do
mnie cierpliwości, że zlecił mi tą robotę, bo to ja ją
chciałem… bla… bla… bla. Zanim skończył swój długi wywód o
tym jaki to ja jestem i nie jestem rozłączyłem się. Mój telefon
znowu zabrzęczał. Czyżby znowu mój tatuś chciał powiedzieć coś
niezwykle mądrego? Ej… ej… ej to był sms… nie spodziewałem się, że zna taką zaawansowaną technologię.
/ Uważaj
w twojej okolicy jest neflim.
/
No to już akurat wiem.
Ponieważ wczoraj jakiegoś uratowałem. To znaczy ją… W skrócie, byłem wczoraj w kawiarni i od wejścia poczułem zapach pół
anioła. To rzadkość.
Przy jednym ze stolików
siedziały dwie dziewczyny. Na początku nie wiedziałem, która z
nich jest z krwi anioła, więc gdy tylko wyszły, poszedłem za nimi
w bezpiecznej odległości.
Oprócz mnie, śledziły
je jeszcze jacyś dwaj mężczyźni. Wyglądali na niegroźnych. A one zachowały się tak jak studentki w słabym horrorze.
Weszły do ślepej uliczki. Obroniłem je, pokazując tym typkom
oczy… taki mały pokaz mocy. Czarne oczy bez białek itd. To ich wystraszyło.
Jako przykładowy
dżentelmen odprowadziłem je do domu. I byłem pewny, że neflimem
jest ta śliczna brunetka z dołeczkami w policzkach. Sam fakt, że
je odprowadziłem rozzłości ojca, a co dopiero to, że je
uratowałem.
________________________________________
Przepraszamy wszystkich czytających za tak późne dodanie rozdziału. No, ale sami wiecie... nauka... i jeszcze raz nauka.
Mam nadzieję, że z chęcią przeczytacie kolejny rozdział.
Być może kolejny rozdział dodamy w sobotę za tydzień.
Nie pogardzimy komentarzami !
________________________________________
Przepraszamy wszystkich czytających za tak późne dodanie rozdziału. No, ale sami wiecie... nauka... i jeszcze raz nauka.
Mam nadzieję, że z chęcią przeczytacie kolejny rozdział.
Być może kolejny rozdział dodamy w sobotę za tydzień.
Nie pogardzimy komentarzami !
sobota, 25 października 2014
Rozdział I
-Ten jest niezły. –
mówiła do mnie Fey. Nie zauważając, że jestem pogrążona w
lekturze. – Chociaż, kto by się tak ubrał?! No chyba, że
pracuje w cyrku.
-Tak, masz racje… -
wyjąkałam nie przerywając czytania, bo Anett (książkowa postać) właśnie kłóciła się z miłością swojego życia, która
była fenomenalnym palantem.
-Cassie, ty mnie w ogóle
słuchasz?! – pisnęła moja przyjaciółka. Oderwałam się od
książki w tej samej chwili, w której miękka okładka powieści
zamknęła się pod naciskiem ręki Fey.
Byłyśmy właśnie w
naszej ulubionej kawiarni. Na kremowych ścianach wisiały wielkie
zdjęcia łodzi w drewnianych ramach. Lada zapewne zrobiona z tego
samego drewna co ramy fotografii, stała naprzeciwko wejścia i
zasłaniała wnękę prowadzącą do kuchni. Stolik, przy którym
siedziałyśmy znajdował się na końcu pomieszczenia przy ogromnym
oknie. Zabrzęczał dzwonek zawieszony nad drzwiami informując, iż
ktoś wszedł.
Zniesmaczona zachowaniem
Fey, spojrzałam w tamtą stronę. Spadłam z krzesła, dosłownie.
Z trudem się podniosłam, bo… bo zobaczyłam boga seksu. Inaczej
nie można go nazwać. Jego napis na bluzce ‘I am sexy and i know
it’ mówił, iż dobrze o tym wiedział.
Był szatynem z włosami
w stylu emo, lekko opadającymi na oczy, które też nie były
przeciętne. Musiały mieć głęboki odcień brązu, bo nie mogłam
odróżnić tęczówki od źrenicy. Wydatne kości policzkowe w
kolorze różu wyglądały jakby bieg, a zimny wiatr dmuchał mu w
twarz. Na moje oko miał coś koło dwóch metrów. Czarna, skórzana
kurtka, ciemne jeansy i ciężkie motocyklowe buty kontrastowały z
nieskazitelnie białą koszulką.
Gapiłam się na niego
natarczywie, bo zwrócił głowę w moja stronę. Od razu spuściłam
wzrok. A moje policzki oblała krew, więc zapewne wyglądałam jak
piwonia.
-Czy ja dobrze widzę, Cassandra Cabrero się zarumieniła ?– spytała Fey ze śmiertelną
powagą, która mnie rozbawiła. Rozchichotana powiedziałam:
-Nawet ja mam chwilę
słabości.
Mówiłam to śledząc
wzrokiem chłopaka. Fey zaczęła podążać za moim spojrzeniem. Po
chwili wpadła w rozbrajający śmiech, widząc na kogo patrzę.
Zwróciła tym uwagę połowy gości w kawiarni, w tym także
przystojniaka. Usiadł przy ladzie na fotelu jakie często widuję
się w klubach. Zamówił latte i przypatrywał się naszej dwójce
nie kryjąc zainteresowania. Myślałam… No dobra… Miałam
nadzieję, że się do nas przysiądzie. Ale niestety drzwi kawiarni
zabrzęczały po raz drugi. Weszła przez śliczna szatynka i poszła w stronę chłopaka. A może on jednak nie patrzył na nas…
* * *
Na dworze było już
ciemno, więc poganiałam Fey, by jak najszybciej wyjść z
kawiarni. Dlaczego? Bo nie chciałam patrzeć jak dziewczyna obściskuje szatyna, który najwyraźniej nie miał nic przeciwko.
Nie całowała się z nim tylko siedziała obok niego i go przytulała, więc równie dobrze może to być tylko jego przyjaciółka, albo
siostra. Nie chciało mi się gdybać więc, gdy tylko zebrałam
rzeczy, wstałam, podeszłam do drzwi i czekałam na Fey, która
powolnym krokiem podchodziła do mnie.
Wyszłyśmy z kawiarni.
Na nasze nieszczęście zaczął padać deszcz, a na rogu kawiarni
kręciły się podejrzane typy. Poprosiłam Fey byśmy poszły okrężną
drogą. Lecz moja przyjaciółka odważnie stwierdziła, że nie
będzie robić dodatkowych kilometrów. Powiedziała to tylko dlatego, że założyła swoje nowe szpilki.
Założyła je pierwszy
raz co i tak nie zmieniło faktu, iż pomimo odrobinę koślawego
chodu wyglądała w nich zabójczo. Były czarne, błyszczące.
Odkrywały niebieskie paznokcie stóp, które były
pomalowane idealnie. W każdym razie sama cena butów była
powalająca.
Z moim szczęściem ci
dwaj kolesie, których mijałyśmy przy kawiarni, szli za nami od
dobrych pięciu minut. Po ich rozległych krokach, stwierdziłam, że są pod wpływem alkoholu.
Uświadamiając o tym
Fey skręciłyśmy w jakąś boczną uliczkę, mając nadzieje, że
ich zgubimy, skręciłyśmy jeszcze raz. Wpakowałyśmy się w
bagno. Ślepa uliczka… mogłam się tego spodziewać. Blondynka
zrobiła się blada jak ściana, ci dwaj także skręcili w nasz
zaułek. Zaczęłam panikować. Patrzyłam na przyjaciółkę, mając
nadzieje, że wymyśli coś w ostatniej chwili.
Byli coraz bliżej, a ja
żałowałam, że nie kupiłam gazu pieprzowego, na który od
miesiąca namawiała mnie mama. Mówiła, że mogę spotkać jakiś
zboczeńców…nienawidzę kiedy ma rację.
Nie uwierzyłam swoim oczom. Ci faceci byli jakieś pięć metrów od nas, a zza nich spokojnym krokiem wyszedł mój szatyn. Leniwym marszem
wyminął zdziwionych napastników i stanął pomiędzy mną a Fey.
Objął nas przyjacielsko ramionami.
Zdziwiona nie wiedziałam
co robić. On spokojnym głosem przemówił:
- To co dziewczyny
odprowadzić was do domu? A wy panowie? Też chcecie opiekunki? –
zmieszanie na ich twarzach było rozbrajające, ale alkohol wygrał
nad rozsądkiem. Nie dali za wygraną.
-Spadaj małolacie, tobie
zaraz karetka będzie potrzebna, a nie tylko opiekunka!–
popchnęli naszego wybawiciela, który przed chwilą wyszedł przed
nas w geście obronnym. Nie było po nim widać zdenerwowania ani
strachu. Lekkim ruchem ręki odsunął nas do tyłu, przypierając
do muru.
- Myślę, że musicie
stąd odejść… - jego głos przypominał warczenie, a nie kulturalną
wypowiedz, którą zwrócił się do nich wcześniej. Ku naszemu
zdziwieniu, mężczyźni zaczęli się cofać, patrząc w oczy
szatyna. W jednej chwili odwrócili się i pobiegli pędem w stronę
drogi. W oddali było słychać ich krzyki. Coś o diable i oczach.
Ich szybka ucieczka wzbudzała pewne podejrzenia. Czyżby oprócz
alkoholu we krwi mieli także dobrego dilera? Nie możliwe, żeby
tak przestraszyli się naszego obrońcy. Co prawda wyglądał
imponująco w swoich czarnych ubraniach w śród ciemności, ale
diabła to on nie przypominał. Jeśli już to jakieś pogańskie
bóstwo.
Po chwili odwrócił się
do nas z przymrużonymi oczami i figlarnym uśmiechem. Ciągle nie
mogłam uwierzyć w to co się przed chwilą działo. Moja
przyjaciółka jednak szybko powróciła do świata flirtu. Bo
wyglądała na lekko oszołomiona ale i szczęśliwą, ale nic poza
tym.
- No i co dziewczęta, jak
oceniacie moją misje ratunkową? – powiedział otwierając swoje
cudne, czarne oczy. Wyglądało by to poważnie, gdyby tylko w
kącikach ust nie ukrywał się lekki uśmieszek.
- Dzięki, nie wiem jak
ci się odwdzięczymy… - powiedziała Fey, która w pełni
odzyskała głos.
Szatyn przyglądał się
nam zamyślonym wzrokiem.
- Odprowadzę was, bo jak
widzicie ta okolica nie jest bezpieczna. – ruszył się, nie
oglądając się za siebie. Jakby był pewny, że i tak to
zrobimy. Miał rację. – Adres to… ?
Podałyśmy mu adres i
szliśmy w krępującej ciszy. Nawet Fey zawsze gotowa do flirtu z
przystojniakami nie odezwała się. Co było trochę dziwne. Niespodziewanie szybko
znaleźliśmy się pod moim domem. Fey miała u mnie nocować, więc
nie musiał jej odprowadzać. Jej mina mówiła, że w tej sytuacji nie jest z tego powodu zadowolona.
- Nie jesteście zbyt
rozmowne. Mogę chociaż wiedzieć jak się nazywacie? Czy to
wiedza zastrzeżona? – Zażartował. Teraz to ja zabrałam głos:
-Jestem Cassie, a to Fey… - powiedziałam niepewnie.
Popatrzył na nas chwilę, po czym kiwnął głową, odwrócił się i odszedł. Usłyszałam
tylko:
- Do zobaczenia!
____________________________________________________
Przepraszamy za wszystkie błędy. Mam nadzieję, że nie będą one przeszkadzać w czytaniu :D
Pamiętaj ! Czytanie = Komentowanie !
piątek, 5 września 2014
Prolog
Szedłem do kawiarni powolnym krokiem. Miałem nadzieję, że Maggie jeszcze nie ma. Prawdę mówiąc nie miałem się czym martwić, ona tak jak i reszta moich sióstr zawsze się spóźniała.
Jednakże, gdy zobaczyłem lokal nieznacznie przyspieszyłem. Czułem przyciąganie. Neflim.
To źle wróży. Nowe mieszkanie... miało równać się nowe życie, a tu? Od początku przeszkody. Ojciec powie, że powinienem zając się tą sprawą. Ale jeśli mam być szczery nie bardzo mi się chce.
Nieśpiesznie otworzyłem drzwi i lekkim krokiem wszedłem do środka. Rozejrzałem się. Ale nic nie przykuło mojej uwagi. Chociaż... A jednak zobaczyłem je. Albo brunetka, albo blondynka jest pół aniołkiem. Która? Tego się dowiem.
Dziewczyna przy stoliku nie spuszczała ze mnie oczu. Nie żeby to był pierwszy raz, jak dziewczyna wpatruję się we mnie jak w "obrazek". To nie jest nie przyjemne. Raczej intrygujące. Uśmiechnąłem się do siebie, jednakże brunetka musiała pomyśleć, że naśmiewam się z niej, bo zrobiła się czerwona i odwróciła wzrok.
Usiadłem przy ladzie, która wyglądem przypominała niski barek. Teraz to ja patrzyłem na potencjalne Neflimki. Wyczuły mój wzrok, bo zaczęły cicho szeptać. Gdyby tylko wiedziały... Nie musiałem się przysłuchiwać by wiedzieć o czym rozmawiają. Jednakże nie zdążyłem.
Do kawiarni weszła Maggie. Jak zwykle skąpo ubrana. A może po prostu odpowiednio do swojego zawodu. Lekko kołysząc biodrami podeszła do siedzenia obok.
- Cześć braciszku! Dawno się nie widzieliśmy? Czy coś się stało, że tak nagle do mnie dzwonisz i przerywasz moją prace? - wypowiadając ostatnie słowo znacznie się uśmiechnęła. - A może chcesz przysługi ?
Kochana siostrzyczka ... - Och a ty jak zawsze zaczynasz od konkretów. Chociaż przyznaję, masz rację potrzebuję twojej pomocy.
________________________________________________
Cześć i czołem ! Witam was razem z Edith na naszym pierwszym wspólnym blogu. Mamy nadzieję ,że spodoba się wam to co piszemy.
Mamy też prośbę ! Jeśli przeczytałaś/łeś pozostaw komentarz :D
________________________________________________
Cześć i czołem ! Witam was razem z Edith na naszym pierwszym wspólnym blogu. Mamy nadzieję ,że spodoba się wam to co piszemy.
Mamy też prośbę ! Jeśli przeczytałaś/łeś pozostaw komentarz :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)